Dell Latitude D400
Ostatnio szukałem konkretnych informacji na temat pewnego klaptopa. Nie wiem, czy to internet się popsuł, czy może google zaśmieciło, ale nie znalazłem żadnego podsumowania "po latach", tylko opisy pisane na kolanie. Dla miłośników złomu komputerowego takie rzeczy są istotne - nawet bardziej niż recka na notebookcheck. Recka po kilku dniach nie będzie taka dokładna, jak opinia kogoś, kto z laptopem jadł, spał, płakał i przeżywał chwile uniesienia przez lata. Postanowiłem więc opisać tutaj sprzęt, z którym miałem doczynienia. Zaczynam oczywiście od D400.
Wybór i zakup
W czasach licealnych, będąc w pełni pryszczatym linuksiarzem, rozglądałem się za sposobem zabrania swojego życia poza dom. Początkowo "na celownik" obrałem Thinkpady X31 i X32, ale ceny na alledrogo odstraszyły. Stiopa (tak, ten wpis o W95 z obsługą USB jest dedykowany dla mnie ;) ) coś poburkiwał o swoim C400 i fajności Delli, ale został olany. Do czasu. X300 na allegro były fajne. Zauroczony nimi, potulnie zacząłem słuchać - i tak dowiedziałem się o D400. Niemniej D400 kupiłem tylko dlatego, że w kilku pierwszych kompuzłomach albo nie mieli nic ciekawego, albo np. Thinkpady T40 wyglądały jak akademik po imprezie - porysowane, powyrywane zatrzaski, popękane rogi i itd.
TL;DR Kupiłem go w komputerozłomie.
Konfiguracja
Mój D400 zawierał:
- Pentium M 1.6 GHz
- 512 MB DDR (później 1024)
- WiFi na BCM430coś, czyli Dell Wireless 1350
- 40 GB HDD
Wsparcie linuksa
Jedyną rzeczą, która nie działała (do pewnego czasu) była karta WiFi. Chyba nawet dziś wymaga własnościowego firmware. Nigdy też nie próbowałem uruchomić IRDA, więc moja wiedza w tym temacie ogranicza się do stwierdzenia "ono jest".
Niestety, dziś ze względu na wiek sprzętu i szalone parcie linuksa do przodu, mogło się coś popsuć.
Wykonanie
Ten Dell, jak i większość produktów konkurencji z jego czasów, był plastykowy. Nie był to plasic-fantastic na miarę dzisiejszych netbooków, tylko tworzywo, które mogło się śnić po nocach. Przez długi czas maltre^Weksploracji udało mi się tylko znacznie go porysować. Żadnych połamanych rogów, pęknięć i itd.
Niestety, przez bardzo grubą ramkę wokół ekranu, konstrukcja wygląda strasznie archaicznie. Coś jak laptopy reklamowane w czasopismach ad 1998. Pewnej "ektryczności" dodaje też obłość, jakże dziwna w dzisiejszej kryzysowym minimalizmie.
Laptop (a właściwie subnotebook) na szczęście był dość lekki, w mojej konfiguracji ważył coś koło 1,7 kilograma. W takim odjęciu wagi pomogło wywalenie napędu CD do D-Bay. Na szczęście, w dobie internetu to nie problem.
TL;DR Poza nieatrakcyjnym wyglądam, laptop jest dobrze wykonany.
Wady
Z rzeczy, które nie podobały mi się podczas używania tego Latitude, był dźwięk. Kaszlak mono, zainstalowany nad klawiaturą, nadawał się tylko do odtwarzania ówczesnych flashowych filmików (240p!!111oneone) czy odgłosów powiadomień kadu. Sytuacji nie naprawiało też wyjście słuchawkowe - w Kossach Porta Pro, czy The PLUG, było słychać lekki, aczkolwiek irytujący, szum.
Marudziłem też na mało czuły touchpad, ale to było zanim poznałem TrackPointa - teraz laptopy bez "łechtaczki" dla mnie nie istnieją :P
Właściwie mój model był lekko za wolny na AVC 720p 24 min/350+ MB. Dziś, w dobie Hi10P to nie ma znaczenia, ale wtedy dość bolało fana chińskich pornobajek.
D400 dziś
Dziś D400 to raczej ciekawostka, głównie ze względu na dysk ATA. Może i sprzęt bije na głowę wygodą pracy netbooki pierwszej oraz drugiej (choć tu te tańsze, z paskudną rozdzielczością 1024x600) generacji, to raczej nie stanowi konkurencji pod względem czasu pracy na baterii.
Warto też wspomnieć o D410, lekko ulepszonej wersji D400. Metalowa klapa, szybszy procesor i lepszy NP/GPU oraz atrakcyjniejszy wygląd sprawia, że można go rozważyć jako komputer "dla rodzica". Choć dysk nadal boli...
Wysłany: 190112, 251702; Dopisz się